poniedziałek, 2 listopada 2009

i twoją matkę też....

obejrzałam za trzecim podejściem "i twoją matkę też". jestem w szoku.


pierwsze podejście było z piątku na sobotę - właściwie w pierwsze godziny sobotnie...kilkanaście minut, a później już tylko słyszałam dialogi lub monologi.

drugie podejście w niedzielę wieczorem. sobota upłynęła na dochodzeniu do siebie po piątku i szykowaniu się na sobotę wiecorem. była parapetówka, potem klub, potem śniadanie w lemonie, gdzie pan kucharz pomylił mojego omleta i zrobił mi z pomidorami i serem, kiedy ja chciałam z konfiturą, potem znalazłam 20 zł na ulicy Sienkiewicza i kierowałam się w stronę słońca. była 7 rano w niedzielę, a ja wracałam do domu. Warszawa była pusta i mroźna. nie byłam śpiąca, impreza była fajna. po obudzeniu się: posprzątałam, pozmywałam, ugotowałam, pozmywałam, uprałam, zjadłam, pozmywałam, przyjechał sarzyn i stało się...gin został opróżniony do końca, nawet część z drugiej butelki, chociaż część z pierwszej była w 90% pełną butelką. całe szczęście, że Bóg czuwał nade mną i nie pozwolił mi otworzyć desperadosa...wstałam o 15 :)

trzecie podejście było dziś. zakończone sukcesem. po obejrzeniu filmu tkwiłam przez chwilę w stanie metafizyki, stwierdzając, iż słusznie film dostał kilka nagród i nominację do Oskara... nie mówiłam, bo zaniemówiłam.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz